P
Piotr
2 kwi 2026 · Trening & Wydajność
rozgrzewka to nie strata czasu, kurde
Przez jakieś dwa lata trenowałam bez rozgrzewki. No bo po co, trening jest krótki, dzieci czekają, wchodzę od razu w serie i tyle. I jakoś działało — albo mi się tak zdawało.
Potem dostałam taką niemożliwą sztywność w barkach po treningu górnych partii że przez tydzień nie mogłam normalnie podnieść ręki do góry. Nic poważnego według fizjo ale jednak. I on mówi — "no a jak wygląda twoja rozgrzewka" i ja mu tłumaczę że robię parę wykroków i tyle. Spojrzał na mnie jakbym powiedziała coś naprawdę głupiego.
No i od jakichś 4 miesięcy robię porządną rozgrzewkę przed każdym treningiem. Serio, nawet jak mam dosłownie 30 minut na wszystko — te 7-8 minut rozgrzewki i tak zostaje. Bo bez tego po prostu czuję że ciało nie jest gotowe, wiesz. Jakbyś chciała uruchomić stary komputer i od razu otwierała 15 kart.
U mnie wygląda to mniej więcej tak: krążenia ramion i bioder — może 2 minuty, nudne ale działa. Cat-cow na macie (często mam tu asystenta w postaci 4-latka który wchodzi mi na plecy). Glute bridges — kilka powolnych, czuję że biodra się otwierają. Jumping jacks albo bieg w miejscu — z minutę żeby trochę podnieść tętno. I jeszcze band pull-aparts z gumą jeśli trenuję barki/plecy.
Cały czas uczę się że skrócenie rozgrzewki to nie oszczędność czasu tylko pożyczanie problemów od siebie z przyszłości. Teraz już ogólnie lepiej mi idą serie, mam wrażenie że pierwsze powtórzenia nie są takie do wyrzucenia jak kiedyś. Może placebo, nie wiem, ale czuję się lepiej i to mi wystarczy.

2 polubień
4 komentarze